– Znowu spotykamy się w tym samochodzie – rzucam na powitanie, wsiadając do „Daniela”. To małe Suzuki, pomalowane w graffiti: z wyszczerzonym potworem na masce i wielkim napisem na boku. Nie da się go przeoczyć. To codzienne auto sołtysa Włodowa Pawła Dudały, a po drugiej wizycie wiem już, że to nie jest zwykły samochód, tylko część tutejszego krajobrazu. Pół roku temu, wiosną, przyjechałem tu pierwszy raz. Teraz wracam jesienią w ramach WAMA CUP, w którym Włodowo walczy z Boguchwałami o tytuł miejscowości roku Warmii i Mazur. Szybko się okazuje, że pół roku to we Włodowie bardzo dużo czasu.
Obietnica dotrzymana
Zaczynamy od rozliczenia. Wiosną sołtys mówił do kamery, że jego marzeniem jest wyremontowana świetlica, która stanie się wizytówką wsi. – Jak cię widzą, tak cię piszą. Udało się. Mamy wyremontowaną świetlicę, elewację na zewnątrz, wszystko na tip-top. Koledzy pomogli, to nie jest tylko i wyłącznie moja zasługa – opowiada Paweł Dudała.
To nie wszystko. Włodowo zgłosiło się do konkursu dla sołectw, w którym liczy się wygląd i zadbanie wsi. Na wspólne malowanie i porządki przyszło sporo ludzi. – Udało się odmalować, wyszykować, wyrychtować – śmieje się sołtys. Komisja oglądała wieś pod koniec września na wyniki trzeba jeszcze poczekać.
Zmieniło się też kąpielisko nad jeziorem. Stanęła przebieralnia, są ławki, a miejsce na ognisko obłożono kamieniami. – I to, co najważniejsze: wszystko z darów od mieszkańców. Ktoś coś dał, nic nie zostało kupione w markecie, tylko naszymi siłami, przy fajnych chwilach spędzonych wspólnie. To jest według mnie największy plus, że coraz więcej ludzi wychodzi z domu, spotyka się i razem coś robimy – podkreśla Paweł Dudała.
Cydr, Korea i październikowe słońce
„Daniel” wiezie nas najpierw na obiad do sezonowej restauracji „Niwa” działającej przy „Kwaśnym Jabłku”. Sołtys mówi o tym miejscu z dumą: – Restauracja prywatna, ale włodowska, nasza. Świetny klimat, dużo ludzi przyjeżdża. W tym roku w sadzie odbyło się kilka kameralnych koncertów. Kiedy przyjeżdżamy, na łące trwa konkurs łuczniczy, a między jabłoniami widać to, czego wiosną nie było: dojrzałe jabłka.
Właściciel, Marcin, przyjechał tu kiedyś z jednym pomysłem. – Sprowadziliśmy się z ideą, że będziemy zbierać jabłka i robić z nich różne rzeczy. Tu jest mnóstwo starych sadów, z których te jabłka można zbierać. A sama wioska jest taką fajną, gospodarską wsią. Wszystkie domy to obecne albo dawne gospodarstwa i ciągle czuć tu klimat pracy, współpracy i uprawy ziemi. Każde miejsce ma potencjał, trzeba go tylko odkryć – mówi. – To jest dwanaście lat pracy. Takie rzeczy nie powstają same, trzeba je wypracować.
Restauracja kończy sezon, ale dla cydrowni dopiero się on zaczyna. – Większość jabłek, których używamy do cydru, zbieramy późną jesienią. One teraz dojrzewają pod tym pięknym październikowym słońcem. To właśnie teraz jest najwięcej pracy: rano zbieramy, po południu tłoczymy sok, przelewamy go do zbiorników fermentacyjnych, butelkujemy soki. Do końca października, a czasem i do połowy listopada, całymi dniami zajmujemy się jabłkami – opowiada Marcin.
Ten rok był dla sadów bardzo dobry. Nie było upałów ani mocnych wiosennych przymrozków, za to sporo deszczu. – Dla jabłek pogoda była świetna, a pod kątem turystycznym sezon był kapryśny, bo było mokro i chłodniej niż zwykle. Jak jest więcej jabłek, jest mniej turystów. Jakaś prawda w tym musi być – mówi z uśmiechem.
Kwaśne Jabłko to certyfikowane gospodarstwo ekologiczne i coraz więcej stawia na propozycje bezalkoholowe. – Ludzie piją trochę mniej alkoholu, ale są ciekawi nowych smaków – tłumaczy Marcin. Już w przyszłym tygodniu jedzie na targi do Korei Południowej, gdzie pokaże octy i soki, m.in. z aronią. – W Azji jest duża potrzeba importu jakościowych, zdrowych produktów z Europy, a Polska jest postrzegana jako kraj z ekologicznym rolnictwem i tradycyjnym modelem gospodarstw. Jabłka z Włodowa mogą więc wkrótce trafić na drugi koniec świata.
Spa w środku lasu
Po obiedzie sołtys ma dla mnie niespodziankę. „Daniel” skręca w leśną drogę w stronę Łumpi, sąsiedniej miejscowości. – Wiedziałem, że taka reakcja będzie – śmieje się Paweł Dudała, kiedy widzi moje zdziwienie. Wiosną zabrakło nam czasu, żeby tu dojechać. Teraz zatrzymujemy się w miejscu, które gospodarz, Waldemar nazywa Kamp Spa. Jest już po sezonie, ale specjalnie dla nas otwiera bramę.
Wchodzimy w koszulach i eleganckich butach, co w lesie wygląda dość zabawnie. – Można przyjść w koszuli, można w dresie, jak komu pasuje. Tu nikt nikomu nic nie narzuca – zapewnia gospodarz. Od razu zastrzega, że to nie on jest tu najważniejszy: – Najważniejszy jest las.
Jak opisać to miejsce? – To las z przeznaczeniem do relaksu. Jeżeli ktoś potrzebuje oderwać się od codzienności, może to zrobić dzięki różnym leśnym atrakcjom. Nazwałbym to trochę ekskluzywnym survivalem. Są wszystkie dobra naszej cywilizacji, ciepła woda w kranie, zimna woda w kranie, tylko w zupełnie innej aranżacji niż w domu – tłumaczy Waldemar.
Oprowadza nas po kolejnych miejscach. Jest kąpiel ziołowa, do której wodę zaparza się w piecu z brzozy i pokrzywy. – Ludzie odkręcają kran i tak naprawdę leją sobie herbatkę – śmieje się. Jest kąpiel mineralna z wodą o temperaturze około czterdziestu stopni i drewniana balia z widokiem na stary dąb, połączona z sauną. Na tarasie odbywają się zajęcia jogi, w środku masaże, a dwa małe domki, stojące do siebie plecami, czekają na tych, którzy chcą spędzić noc w lesie. Można przyjechać tylko na dzień albo zostać na noc. Jest też pakiet dla grupy znajomych, nawet dziesięciu osób.
Skąd taki pomysł? – Kiedyś łamałem sobie ząbki na stereotypie codzienności: biegałem, latałem, dużo pracowałem. Dalej dużo pracuję, ale w zupełnie innej formie. Chyba z potrzeby poszukiwania spokoju wylądowałem w lesie – mówi. Zimy spędza zwykle w górach, a w październiku zostawia otwarte jeszcze kilka weekendów, żeby goście mogli zobaczyć jesienny las.
Pytam jak to możliwe, że nigdy o tym miejscu nie słyszałem. – Nie mam pojęcia. Ale wiem, że są ludzie w Australii, którzy wiedzą, bo tu przyjeżdżali, bo gdzieś coś przeczytali – odpowiada gospodarz. Dodaje, że niczego nie obiecuje. – Nie da się wejść na półtorej godziny w południe i wyjść pięć lat młodszym. Jedna pompka raz w roku nic nie zrobi. Daję miejsce na ten czas, który ktoś sobie zarezerwuje, a co z niego wyciągnie, to już jego sprawa. Na pożegnanie pytam, czego mu życzyć. – Zdrowia. A jak będzie zdrowie, to cała reszta się ogarnie.
Za wcześnie, za późno
Wracamy do wsi, na pole słoneczników. – Pół roku temu byliśmy tu za wcześnie, teraz jesteśmy za późno – żartuję. Słoneczniki dawno przekwitły, ale gospodyni pola wcale się tym nie martwi. – Pokażę, co robimy jesienią. Chodźcie ze mną na podchody – zaprasza Iga.
Na polu czeka gra terenowa dla dzieci z przedszkoli i klas 1–3. Jest około dziesięciu stacji z zadaniami. Przy jednej dzieci robią korony z roślin znalezionych na łące, bo bez „kamuflażu” nie wejdą dalej. Przy innej, nazwanej „ptasim łuskaniem”, łuskają ziarna słonecznika. – Pokazujemy, co to jest nasiono, jak rośnie słonecznik, jak wygląda w pąku, jak rozkwita, a jak przekwitnięty i zjedzony przez ptaki. Dzieci najpierw krzyczą, biegają, turlają się, a potem robimy wyciszenie i słuchamy przyrody. Najfajniejsze było to, że po całej trasie pytały, czy mogą przejść ten labirynt jeszcze raz – opowiada.
Latem na polu odbywały się sesje zdjęciowe, joga w plenerze i degustacje. Były też burze, po których wiatr porywał leżaki i niszczył pawilon. Ten rok przyniósł jednak przede wszystkim nagrody, m.in. pierwsze miejsce w konkursie dla małych gospodarstw, które pokazują nowe sposoby promowania wsi i edukacji rolniczej. – Nie spodziewałam się tego. Niby wydaje się proste, ale możemy pokazywać to, co dzieje się u nas na wsi. Nawet to, że pole jest ciekawe – mówi. Mąż dodaje z dumą, że w tym roku żonę wyjątkowo doceniono za ciężką pracę. A plany na przyszły rok? Na początek wiata, żeby było się gdzie schować przed deszczem.
Z pola sołtys pokazuje jeszcze w oddali mały domek. Mieszka tam koleżanka, która z wikliny wyczarowuje piękne rzeczy. To ona zrobiła stelaż do tegorocznego wieńca dożynkowego, a panie ze świetlicy go przystroiły. W gminnym konkursie wieniec zajął drugie miejsce.
Ścieżka do przebieralni
Ostatni przystanek przed rozmową z mieszkańcami to kąpielisko. Przebieralnia stoi dyskretnie w kącie, ale nie da się jej przeoczyć. – Niby takie małe Włodowo, a okazuje się, że latem do przebieralni była wydeptana ścieżka. Cieszy nas to bardzo, bo każdy może się dyskretnie przebrać, a nie poparzyć w pokrzywach na brzegu – mówi Paweł Dudała. Patrzy jeszcze na jezioro i dodaje: – Wody nam przybyło. Dobry znak.
„Wreszcie się coś zaczęło dziać”
Na koniec siadamy z mieszkańcami. Są przyjaciele sołtysa. Starsi mieszkańcy nie szczędzą sołtysowi pochwał. – Duże zmiany zaszły za kadencji naszego nowego sołtysa. Należy mu się naprawdę duże uznanie, żyje się jak na każdej wsi, spokojnie. Ja jestem na emeryturze, ale staram się pomagać, w czym mogę.
Inny z seniorów mówi to jeszcze dobitniej: – Od kiedy Paweł został sołtysem, tyle się tu zmieniło, że jestem zdziwiony, że jednak można było tych ludzi poruszyć. Dzieje się tyle rzeczy, że ja, dziadek, już nie wiem, gdzie ręce włożyć. Bardzo się cieszę, że wreszcie coś się zaczęło dziać.
Marta i Bartek prowadzą Chatę Zielarza. Wcześniej mieszkali w mieście, ale szukali czegoś innego. – Zapragnęliśmy takiej rodziny, takiej współpracy międzyludzkiej. Jesteśmy zafascynowani tym, jak tu wygląda współpraca między sołtysem a gospodarstwami. Możemy razem tworzyć coś fajnego – mówi Marta. Ziołami zajmowali się wcześniej, a teraz uczą ich dzieci. – Chcemy pokazać młodemu pokoleniu trochę inną drogę, odłączyć je od technologii. Pokazujemy jak uprawiać warzywa jak je przerabiać jak wykorzystywać owoce i zioła. Na samym podwórku naliczyli 112 gatunków roślin, które człowiek może wykorzystać. Co polecają na jesień? Oksymel i syrop z owoców czarnego bzu, bo to duża dawka witaminy C.
Żona sołtysa nie kryje dumy. – Kiedy jestem w pracy, przychodzą ludzie nie tylko z naszego sołectwa, ale i z innych wiosek gminy i mówią, że wreszcie Włodowo się ruszyło. Pięknie to słyszeć – mówi.
Sołtys wcale nie zamierza zwalniać. Zima? – Już rezerwujemy świetlicę na kolejne zimowe terminy, sanki na kulig też są zarezerwowane. Wydaje mi się, że mieszkańcom nie dam odpocząć, że będą mieli mnie dosyć – śmieje się Paweł Dudała. Przyznaje, że trochę wstyd mu słuchać, że to jego zasługa. – My wszyscy to stworzyliśmy. Każdy pomalował chociaż kawałek sztachety. A zorganizować to, wyciągnąć ludzi z domu, żeby przyszli i pomogli, to też jest duże wyzwanie.
Pytam o pojedynek z większymi Boguchwałami, w których byłem tego samego dnia. Sołtys nie chce mówić o rywalizacji. – Cieszę się, że nasze spotkania, czy przed kamerą, czy bez, przynoszą korzyści lokalnym mieszkańcom i przedsiębiorcom. Miło, że zostaliśmy zauważeni. I że Włodowo nie kojarzy się już tylko z jedną rzeczą – mówi.
Na pożegnanie Tomek zagrał na gitarze zaśpiewali wszyscy „Choć pomaluj mój świat…” Ktoś rzuca, że może czas pomyśleć nad hymnem Włodowa. Po tym, co zobaczyłem przez pół roku, wcale bym się nie zdziwił, gdyby niedługo powstał.
Mariusz Sieraj