Warmia dla koneserów, Mazury dla mas?

Co, gdzie, kiedy?

Tekst i zdjęcia: Mariusz Sieraj

Są dwa rodzaje urlopu w Polsce. Pierwszy to taki, gdzie wiesz dokładnie, co dostaniesz — kolejkę po gofry za piętnaście złotych, sąsiadów, którzy o siódmej rano dopiero kładą się spać i ciągłe przedzieranie się przez tłum. Drugi to taki, gdzie przyjeżdżasz i przez pierwszą godzinę myślisz, że coś jest nie tak — bo jest za cicho, za pusto, za spokojnie. Potem siadasz przy oknie z kawą i rozumiesz, że to właśnie o to chodziło.

Warmia i Mazury to jedno województwo. Ale to czasem dwa zupełnie różne światy — choć w wielu miejscach się spotykają. Na pewno zimą. Na wiosnę znowu rozwód.

Warmia — dla tych, którzy wiedzą, czego szukają

Jest środek maja. Jadę przez Warmię od Olsztyna na północ, przez Dobre Miasto do Lidzbarka Warmińskiego. Jazda trwa czterdzieści pięć minut. Mijam dwa kampery tak zwane chrupki, dość wiekowe, z lat dziewięćdziesiątych. Jeden stoi przy chińskim markecie w Dobrym Mieście, obok wystawione krzesełko i pani czytająca gazetę. Drugi na parkingu w lesie — bo na Warmii jezior jest mniej, niż się spodziewasz. Są za to pola, lipowe aleje, ceglane wieże kościołów widoczne z drogi z odległości kilku kilometrów. Jest spokój, który na początku wydaje się podejrzany.

W Lidzbarku Warmińskim parkuję przy kolegiacie. Na parkingu sześć samochodów. W Malborku o tej samej godzinie stoi ich kilkaset plus trzy autokary z zagranicy.

Zamek biskupów warmińskich ma krużganki porównywane z Wawelem — choć znawcy mówią, że to raczej Wawel może mu zazdrościć. Przez dziesiątki lat był siedzibą biskupów warmińskich, jednej z najbardziej wykształconych i zamożnych instytucji w tej części Europy. Mieszkali tu Kopernik, Krasicki, Hozjusz. Zatrzymał się tu Napoleon. Dziś mieści czterogwiazdkowy hotel i muzeum, do których wchodzi kilkadziesiąt, w porywach kilkaset osób dziennie.

Przed kasą stoję z rodziną — jest nas pięcioro. W internecie sprawdzałem, że bilet wyniesie ze sto parę złotych. Ale jest haczyk marketingowy — znają się na rzeczy. Pani przy kasie dopytuje: a wieżę będą państwo zwiedzali? Chyba tak. A ogrody? Dzieci krzyczą, że chcą na wieżę, tata wzdycha i ze stu złotych robi się blisko dwieście złotych.

Jedna z kobiet przy kasie jest sama — mały plecak, woda w szklanym termosie. Zachwyca się jeszcze zanim wchodzi na dziedziniec, zerkając co i rusz zza futryny, żeby czasem jej tego widoku nie zabrali zanim kupi bilet. Przez całe dwie godziny zwiedzania — pewnie z tej radości — nie robi ani jednego zdjęcia. Nie to co my — kotki, pieski, karmelek, jak powiedziała moja córka, patrząc na kawałek bursztynu w gablocie. Ja oczywiście wchodzę w tę grę i mówię: patrzcie, oni mieli tu prąd. Czuję na plecach ciężki wzrok starszej kobiety. Młody mężczyzna obok tylko się uśmiecha — wie, w czym rzecz. Sam ma dziecko.

Średnia wieku zwiedzających pięćdziesiąt plus, podobnie jak ochroniarz, który pełni tu też rolę informatora, jak iść, żeby nic nie przegapić. Miły człowiek. Wszystkie miejsca siedzące w komnatach zajęte przez emerytów. Młodsi, czyli tacy pięćdziesiąt, ale minus, bawią się najlepiej.

Po dwóch kwadransach opuszczam zamek tajemnym przejściem z ogrodów przez hotelowe korytarze — znam je dobrze, bo często tu prowadziłem imprezy. Na starówce dosłownie żywej duszy. Za to w Chacie Smaków lokal pełny — zupa warmińska rybna na tyle syta, że drugiego dania już nie zamawiam.

Jedziemy do Reszla na lody? Słyszę głośne tak. Wiedziałem, że tylko tym sposobem mogę ich namówić na dalszą wędrówkę, ale najlepsze zostawiam na koniec. Mikołajki i Giżycko.

Reszel jest mały, ceglany i spokojny — nie smutny tak jak Lidzbark, ale jakoś przytulniej. Rynek, kościół, zamek, kilka kawiarni. Jedno z pierwszych miast w Polsce w sieci Cittaslow — ruch, który mówi wprost: nie spieszymy się, i nie ma w tym nic złego.

Na każdym rogu uliczki grupy rowerzystów jakby się zmówili. Ojciec tłumaczy coś rodzinie, widać bardzo ważnego — nie tak jak u nas — ojciec, który snuje teorie o gniazdach elektrycznych w zamku. Tu widać, że im o coś chodzi. Ci ludzie są w swoim świecie. To jest rodzaj urlopu, który wymaga pewnych decyzji — że jedzie się nie tylko po lody, lecz po coś innego. Że dzieciom też się to przyda.

Na Warmii nie ma instagramowych twarzy, raczej normalni, swoi, życzliwi i uśmiechnięci. Zdjęcie zamku na Facebooka to jedyne, na co ich stać. To nie jest region dla każdego. To jest region dla kogoś.

Mazury — dla wszystkich, natychmiast

Za Reszlem coś się zmienia. Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie — ale nagle jest więcej wszystkiego. Przede wszystkim motocyklistów. Kawalkada za kawalkadą, czasem pojedyncze sztuki, których bardziej słychać niż widać. Za Rynem czuć już inne powietrze — bardziej wilgotne, bardziej jeziorne. Na poboczach zaczynają pojawiać się tabliczki: kwatery, domki, kajaki, smażalnia.

Na Warmii przez czterdzieści pięć minut minąłem dwa tzw. chrupki. Za Rynem sześć kamperów — i to już nie chrupki. Tutaj kampery zaczynają się od stu tysięcy wzwyż. Podobnie jak samochody.

Mikołajki w sezonie to osobne zjawisko przyrodnicze. Niespełna cztery tysiące stałych mieszkańców i kilkadziesiąt razy tyle turystów, którzy chcą tego samego — wody, słońca i czegoś do zrobienia. Port pełen od świtu. Motorówki, skutery wodne, jachty cumujące i odcumowujące, dzieci z kamizelkami ratunkowymi, psy na pokładach, Żywiec Białe 0,0 w koszyczku przytwierdzonym do relingu.

Przy straganie z bursztynem stoi kobieta, może trzydzieści pięć lat, w kapeluszu z szerokim rondem, patrzy na zawieszki. Obok mężczyzna z dzieckiem na barana. Nie kupują nic konkretnego — po prostu stoją i patrzą, tak jak my. Za chwilę pójdą na lody, potem może na rejs statkiem. Przyjechali na tydzień, zamówili pokój z widokiem na jezioro, zapłacili tyle, ile kosztuje i są zadowoleni. Mają rację.

Przy nabrzeżu stoi grupa — czterdzieści parę lat, koszulki w kratę, buty żeglarskie, czerwień na twarzach, która niebawem zamieni się w brąz — widać, że ze dwa dni już na wodzie. Jacht przy kei. Rozmawiają głośno, śmieją się. Jeden pokazuje coś na telefonie — pewnie trasę na jutro. To jest ten turysta mazurski, który wie, co robi. Przyjeżdża co roku, ma swojego szypra albo sam jest szyprem, zna mariny, wie, gdzie zjeść, zna skróty między jeziorami. Mazury są jego.

Na Warmii dominują starsi — spacerują, siedzą w kawiarniach, zwiedzają zamki powoli. Średnia wieku rzucająca się w oczy to pięćdziesiąt plus. Na Mazurach zupełnie inaczej — więcej ruchu, więcej hałasu, więcej młodych.

Giżycko jest podobne w klimacie, choć ma w sobie więcej historii. Most obrotowy na Kanale Łuczańskim działa od 1889 roku, obsługiwany ręcznie, obraca się kilka razy dziennie, żeby przepuścić jachty. Kiedy zaczyna się obracać, zbiera się tłum gapiów. Wszyscy filmują. Turysta z Niemiec filmuje. Turysta z Warszawy filmuje. Dziecko z lodem w ręce filmuje. Nikt nie wie, dlaczego to takie wciągające — most po prostu się obraca — ale wszyscy stoją i patrzą.

Port w Giżycku jest poważniejszy niż ten w Mikołajkach — mniej deptakowy, bardziej roboczy. Za to w ogródkach restauracyjnych przy nabrzeżu głośno jak na weselu. Śmiech, uniesione kufle, opowieści słyszalne z odległości dziesięciu metrów. Dużo mięśniaków poruszających się bokami, obok nich szczuplejsze dziewczyny, wszyscy w najlepszych humorach. Młodzi, głośni, swoi. Trochę inny świat niż ten przy warmińskim rynku.

Turyści tymczasem mają ubaw w wesołym miasteczku przy porcie. Koło widokowe — wchodzisz i nagle widzisz Mazury z lotu ptaka, wszystkie naraz, woda i lasy do horyzontu nad jeziorem Niegocin.

W Twierdzy Boyen przy jednym z opisów stoi nastolatek i wbija coś w telefon. Obok ojciec czyta tablicę z historią twierdzy. Nie mówią do siebie nic. Za dziesięć minut pójdą razem na obiad. Ale oboje tu byli. To jest coś.

Mazury drugie — te bez motorówek

Jest jeszcze trzeci typ turysty. Najtrudniej go spotkać, ponieważ celowo wybiera miejsca, gdzie go nie widać. Ukrywa się w czeluściach bardziej południowych lub zachodnich Mazur, gdzie w kilku miejscach obowiązuje zakaz używania silników spalinowych — żadnych motorówek, żadnych skuterów. Tylko wiosła i żagle. Cisza tu jest dosłowna — słychać trzcinę, ptaki, wodę przy burcie.

Wracając do domu, zatrzymuję się przy małej przystani nad jeziorem Nidzkim. Stoją dwie łodzie wiosłowe i jeden kajak. Właściciel, mężczyzna może pięćdziesiąt lat, pali papierosa oparty o metalowy pomost.

— Chętnych dużo? — pytam.
— Tyle, ile trzeba — odpowiada.

Nie wyjaśnia, ile to jest.

Krutyń, kilkadziesiąt kilometrów dalej. W weekendy przyjeżdżają całe autokary i robi się tłoczno. Ale w środku tygodnia po południu, kiedy autokary wyjechały, rzeka jest pusta. To jest ten rodzaj Mazur, który istnieje równolegle z Mikołajkami — w tej samej odległości od Warszawy, w tym samym województwie, zupełnie gdzie indziej.

Agroturystyki w tych okolicach wyglądają inaczej niż te przy głównych jeziorach. Mniej logo, mniej cenników przy wejściu, więcej psów na podwórku. Śniadania przy wspólnym stole o ósmej. Kajak pożyczony od gospodarza bez kaucji. Wieczór przy ognisku, za które nikt nie wystawia faktury. Turysta, który tu trafia, przyjechał celowo. Nie dlatego, że tak wypadło, ale dlatego, że szukał właśnie tego.

Wrzesień

Coś się w końcu wyrówna. Mikołajki zwolnią. Stragany zwiną o połowę towar. Port będzie spokojniejszy, woda chłodniejsza, niebo inne — niższe, bardziej dramatyczne, z chmurami, które wyglądają jak przeznaczenie. Żeglarze mówią, że wrzesień jest najlepszym miesiącem — wiatr pewniejszy, mariny wolne, można w końcu pomyśleć.

Warmia we wrześniu będzie taka sama jak w lipcu. Lidzbark ma tyle samo parkujących samochodów co zawsze. Kilka.

W lipcu Mazury są głośniejsze od Warmii o sto decybeli. We wrześniu — może o trzydzieści. Turysta szukający ciszy ma ją na Warmii przez cały rok. Na Mazurach — od połowy września do połowy czerwca. Chyba że wie, gdzie szukać i wybierze miejsce z dala od głównych szlaków.

Źródła: Analiza ruchu turystycznego Orange Polska/mazury24.eu, maj–wrzesień 2024 · zamekreszel.pl · Hotel Krasicki Lidzbark Warmiński · 7cudowmazur.pl · Obserwacje własne, maj 2026