Konradowo. Czołgi w stawie, kapliczki na każdym rogu czy coś…

Co, gdzie, kiedy?

Do Konradowa w gminie Świątki przyjechałem po raz pierwszy w życiu, a w centrum wsi już na mnie czekali. Zaczęliśmy od kawy i ciasteczka.
To druga miejscowość z tej gminy w WAMA CUP, po Włodowie. Mieszka tu 131 osób. Rywal, Kamińsk, ma ich prawie tysiąc. Dawid kontra Goliat. Tylko że ten Dawid ma w zanadrzu kilka historii, o których nie wie prawie nikt spoza wsi.

Mała ekipa, wielkie serce

Spotkaliśmy się przy wiacie, w miejscu, które mieszkańcy urządzili sobie sami na gminnej ziemi. To najbardziej rekreacyjny zakątek Konradowa i serce życia wsi: tu odbywają się spotkania mieszkańców, tu pali się ognisko i stawia grill.

Czeka tu na mnie pani Nadzieja Wiśnicka, a z nią mieszkańcy: pan Bronek z żoną Anią, córki Patrycja i Aneta, koleżanka Iwona, pani Ania z wnukami Nikusiem, Miłoszem i Marysią, a także pan Wojtek. Zabrakło sołtysa Daniela Jankowskiego, który akurat był na weekendowym szkoleniu Wojsk Obrony Terytorialnej.

– Tu się spotykamy. Robimy ogniska, grillujemy, rozmawiamy i nie tylko – śmieje się pani Nadzieja.

Młyn Waltera

Konradowo leży w sercu Warmii, około 11 kilometrów od Dobrego Miasta i 26 od Olsztyna, wśród pagórków, stawów i lasów. Do 1772 roku te ziemie należały do Rzeczypospolitej jako część biskupiej Warmii, potem przez blisko dwa stulecia były w granicach Prus. To mieszanie się kultur i burzliwa historia odcisnęły ślad na każdym kamieniu w okolicy.

Zaczynamy od nazwy. Przed wojną Konradowo nazywało się Waltersmühl, czyli dosłownie Młyn Waltera. Ta nazwa nie wzięła się znikąd.

– Był tu młyn, i to dosyć duży. Do dziś zostały jego szczątki. Był zajazd, masarnia, szkoła i pałac – wylicza pani Nadzieja.

Według pani Nadziei Konradowo było kiedyś największą wsią w okolicy. W 1939 roku mieszkały tu 334 osoby, a gospodarstw było 37. Dziś zostały trzy.

– To mało, bardzo mało – mówi pani Nadzieja. – Kiedyś wszędzie tu ludzie mieszkali.

Później pani Nadzieja zabiera mnie na przejażdżkę autem po okolicy i pokazuje miejsca, w których toczyło się dawne życie wsi. Tam, gdzie dziś rosną osiki, stała karczma. Naprzeciwko był zajazd dla koni podróżnych. W jednym z domów działała masarnia, w innym sklep. Przy domu z masarnią stoi jeszcze stara, poniemiecka studnia, którą niedawno udrożniono. Nieopodal biegnie stara droga, która prowadziła aż do Ełdyt.

Po młynie zostały zarośnięte ruiny i głęboko wybetonowane upusty, którymi kiedyś regulowano wodę.

– Jak wody było za dużo, to tędy ją spuszczano – pokazuje pani Nadzieja.

W wodzie hodowano karpie. Dziś ścieżka wokół starego rozlewiska jest ulubionym miejscem spacerów, a ślady na pniach zdradzają nowych gospodarzy. Ścięte drzewa to robota bobrów. Nic dziwnego: gmina Świątki leży nad Pasłęką, a już w 1970 roku utworzono tu rezerwat „Ostoja bobrów na rzece Pasłęce”.

Tędy szedł Napoleon

Przez Konradowo biegnie szlak napoleoński na którym latem widać wielu rowerzystów.

W lutym 1807 roku pod Jonkowem Napoleon starł się z armią rosyjską generała Bennigsena tuż przed słynną bitwą pod Iławą Pruską. Kilka miesięcy później, 5 i 6 czerwca 1807 roku, wojska marszałka Neya walczyły z Rosjanami pod Dobrym Miastem i Deppen, nad Pasłęką, zaledwie kilka kilometrów od Konradowa. Według dostępnych źródeł starcia toczyły się także w okolicach ówczesnego Waltersmühl. Neya atakowało blisko 63 tysiące Rosjan, on miał około 17 tysięcy żołnierzy. Wycofał się za most na Pasłęce w Deppen. Tydzień później Napoleon rozstrzygnął całą kampanię pod Frydlandem.

Kto dziś jedzie tędy rowerem przez pola, jedzie po śladach Wielkiej Armii. Dla ówczesnych mieszkańców kampania 1807 roku oznaczała przemarsze wojsk, kwaterunki i rekwizycje, a nad Pasłęką przez kilka miesięcy przebiegała linia frontu między Francuzami a Rosjanami.

Front, który niszczył wszystko

Najboleśniejszy rozdział w historii Konradowa przyniósł jednak rok 1945. W styczniu wojska 2. Frontu Białoruskiego przełamały niemiecką obronę w Prusach Wschodnich i parły na północny zachód, w stronę Zalewu Wiślanego, żeby odciąć niemieckie wojska i uciekającą ludność. Front przeszedł przez okolice Konradowa.

– Rosjanie szli i po drodze palili i niszczyli wszystko. Zajazd, młyn, masarnia, szkoła, pałac. Wszystko zostało zniszczone – mówi pani Nadzieja.

W rozmowie wraca też to, co przekazywali sobie starsi mieszkańcy: że kto się trafił na drodze frontu, Warmiak czy Mazur, nie mógł liczyć na litość. Całe rodziny ginęły. Te opowieści zgadzają się z tym, co wiemy o tamtych tygodniach: domy podpalano często już po zajęciu miejscowości, a grabieże i przemoc wobec cywilów trwały jeszcze miesiącami.

Kapliczka przy każdym domu

Jadąc przez Konradowo, trudno ich nie zauważyć. Kapliczki stoją przy drogach, na skrzyżowaniach, przy domach. Jedna po jednej stronie drogi, druga, samotna, po drugiej.

– Rozmawiałam z księdzem. Mówił, że Warmiacy byli bardzo pobożnymi ludźmi. W podziękowaniu za to, że przeżyli wojnę, że Rosjanie idąc na zalew ich nie pozabijali, każdy stawiał koło siebie kapliczkę – opowiada pani Nadzieja. – Do dziś dnia się utrzymują. Mamy piękne kapliczki, tylko podziwiać. Najwięcej w całej gminie – 9.

Kapliczki to znak rozpoznawczy całej Warmii, nazywanej nie bez powodu Świętą Warmią. Badacze naliczyli ponad 1300 kapliczek zbudowanych w regionie do 1945 roku, a według innych szacunków jest ich nawet około 3000. Najstarsze pochodzą z początku XVII wieku. Najwięcej powstało w drugiej połowie XIX wieku, kiedy Warmiacy pod pruskim panowaniem stawiali je jako wyznanie wiary i polskości, a objawienia w Gietrzwałdzie w 1877 roku dodały temu ruchowi siły. Stawiano je jako wota dziękczynne i błagalne, w maju i październiku zbierano się przy nich na wspólne modlitwy. Niektóre miały dzwonki, które wzywały na modlitwę albo ostrzegały przed pożarem. Jedna z ciekawszych, okrągła, biała, z XVIII wieku, stoi w Dąbrówce, w tej samej gminie Świątki.

Po PGR-ze zostali ludzie

Po wojnie we wsi powstał PGR. Do dziś w Konradowie stoją popegeerowskie bloki.

– W 1991 roku PGR-y się rozwaliły. Wiadomo, jak to było. Ludzie potracili pracę, każdy starał się znaleźć coś innego, żeby lepiej mu się żyło. Takie czasy – mówi pani Nadzieja.

Ci, którzy zostali, nie żałują. Jedna z rodzin mieszka tu od 35 lat, w bloku.

– Jest fajnie, cicho, spokój. Piękne krajobrazy – słyszę.

Pan Wojtek mieszka w Konradowie od dziecka. Pytam, co mu najbardziej zostało w pamięci.

– Przede wszystkim znajomi, pamiętam też jak uciekłem z przedszkola, które mieściło się w tym budynku przy drodze.

Latem przez Konradowo przejeżdża dużo rowerzystów. Wielu z nich podróżuje szlakiem napoleońskim, ale nie tylko. Zatrzymują się przy kapliczkach, zaglądają nad stawy, pytają o młyn. To ciekawe miejsce do odkrywania nie tylko natury, ale także historii. Turystyka w gminie Świątki stawia zresztą właśnie na spokojny wypoczynek: agroturystykę, wędrówki i obserwację przyrody.

Mieszkańcy mają też jedną, bardzo konkretną prośbę.

– Żeby powiat w końcu wziął się za drogi, bo są w fatalnym stanie. To ciężki temat – mówi pani Nadzieja.

Trzy stawy i ptaki, których gdzie indziej nie ma

Wjeżdżamy na górkę za wsią. Z góry widać to, z czego Konradowo słynie wśród miłośników przyrody: trzy duże stawy hodowlane. Woda trafia najpierw do jednego, potem przepuszczana jest do kolejnych.

– Są kormorany i bardzo dużo przyjeżdża ornitologów. Spotykają tu niesamowite ptaki, których gdzie indziej nie ma, a u nas są – mówi pani Nadzieja.

Kormorany łatwo rozpoznać: to duże, czarne ptaki, które po nurkowaniu siadają na gałęziach albo słupkach i suszą rozpostarte skrzydła, jakby wywieszały pranie. Doskonale nurkują i polują na ryby, dlatego hodowcy nie zawsze patrzą na nie przychylnie. Dla obserwatorów ptaków to jednak gratka, bo tam, gdzie są kormorany, zwykle jest też bogate życie całego zbiornika.

Dlaczego właśnie tu? Stawy hodowlane to dla ptaków stołówka. Płytka, ciepła woda pełna ryb i bezkręgowców, trzcinowiska na brzegach i spokój wokół przyciągają kormorany, czaple, kaczki i ptaki drapieżne, które polują na ryby. A okolica Konradowa jest dla nich wyjątkowo gościnna. Gmina Świątki leży w strefie chronionego krajobrazu. W lasach Leśnictwa Różanka chronione są miejsca lęgowe bielika i bociana czarnego, gniazduje kilkanaście par żurawi. Na polderze w pobliskim Kwiecewie żyją cztery gatunki czapli, a w okolicy widywane są też orlik krzykliwy i rybołów. Pasłęka, płynąca przez gminę, to jedyna rzeka na Warmii zaliczana do wód o charakterze górskim, kraina pstrąga i lipienia. Stawy, rzeka, poldery i lasy tworzą razem mozaikę, której ptaki szukają, a ornitolodzy wiedzą, gdzie jej szukać.

Czołgi w wodzie

A potem pani Nadzieja pokazuje coś, czego się nie spodziewałem.

– Widzi pan tam, za tym drzewem, coś takiego szarego? Tam, gdzie te brzozy. To właśnie tam są czołgi – mówi i wskazuje miejsce w stawie.

Według mieszkańców w podmokłym terenie przy stawach leżą dwa czołgi, które utonęły tu, gdy przechodził front.

– Starali się je wydobyć, ale nie dało rady. To są tony, a teren jest bagnisty. Żaden sprzęt nie mógł tam dojechać. Od jednego ucięli lufę, ale i to długo im zeszło – opowiada pani Nadzieja.

Czyje to czołgi, niemieckie czy radzieckie, i jak się tu znalazły, tego na razie nikt nie potrafi powiedzieć na pewno. Pewne jest, że zimą 1945 roku przez okolicę przetaczały się kolumny pancerne, a podmokłe doliny Pasłęki i jej dopływów nieraz okazywały się dla ciężkiego sprzętu pułapką. Dla poszukiwaczy historii Konradowo ma więc wciąż niedokończony rozdział, zakopany w błocie pod brzozami.

Takie miejsca od lat przyciągają eksploratorów i pasjonatów militariów. Warto jednak pamiętać, że pozostałości z czasów wojny to zabytki i potencjalnie niebezpieczne znaleziska, a każda próba wydobycia wymaga zgody i nadzoru odpowiednich służb. Na razie czołgi spod Konradowa strzeże przede wszystkim błoto.

– Kawałek historii, który nie został do końca odkryty – podsumowuję.

– Dokładnie – słyszę w odpowiedzi.

Przyznam szczerze: te czołgi nie dają mi spokoju. Czyje są? Jak tu trafiły? Co jeszcze kryje błoto pod brzozami za stawami? Na razie nie znam odpowiedzi, ale mam przeczucie, że do Konradowa jeszcze wrócę.

Mała wieś, która prosi o głos

Dopiero pod koniec wizyty dowiedziałem się, że moja przewodniczka, pani Nadzieja Wiśnicka, jest także radną. Wcześniej w ogóle o tym nie wspominała. Opowiadała o Konradowie po prostu jak mieszkanka, która zna tu każdą kapliczkę.

Na spotkanie przyszły trzy pokolenia: dziadkowie, ich dzieci i wnuki. To najlepiej pokazuje, że Konradowo to nie tylko historia zapisana w ruinach młyna i kapliczkach, ale przede wszystkim ludzie, którzy chcą ją przekazać dalej.

Konradowo nie ma stadionu ani wielkich inwestycji. Ma za to młyn Waltera, ślady Napoleona, kapliczki przy każdym domu, stawy pełne ptaków, czołgi ukryte w bagnie i ludzi, którzy przy ognisku potrafią opowiedzieć o tym wszystkim tak, jakby to było wczoraj.

– Wiadomo, że jesteśmy mali. Ale niech nas wspierają i głosują na taką małą wioskę jak Konradowo. Będziemy bardzo wdzięczni – mówi na pożegnanie pani Nadzieja. – Może jeszcze się spotkamy i wtedy już zrobimy ognisko, kulig, nad rzeką.

Gmina Świątki ma w tym roku w WAMA CUP dwie miejscowości. Włodowo pokazało już, że potrafi zmobilizować swoich mieszkańców i sympatyków. Teraz kolej na Konradowo, wyraźnie mniejsze od rywala, ale z historią, której mogłyby mu pozazdrościć dużo większe miejscowości.

W tym tygodniu w ćwierćfinale WAMA CUP 2026 Konradowo mierzy się z Kamińskiem. Jeśli ta historia Was zaciekawiła, zostawcie reakcję i udostępnijcie publikację. A jeśli wiecie coś więcej o czołgach pod Konradowem albo o dawnym Waltersmühl, napiszcie w komentarzu. Chętnie wrócimy, żeby to sprawdzić.

Mariusz Sieraj