Półtorej godziny. Tyle trwa lot z Szyman do Dortmundu. Krócej niż jazda samochodem z Olsztyna do centrum Gdańska w piątkowe popołudnie. Wsiadamy w poniedziałek rano na lotnisku w Szymanach, w sercu Mazur, a wysiadamy w największym mieście Zagłębia Ruhry…, w regionie, który przez sto lat kojarzył się wyłącznie z węglem, stalą i dymem z kominów. Jedziemy sprawdzić, co z tego zostało. I co przyszło w zamian. Na trzy dni. Od razu mówię: to za mało. Ale po kolei.
Z Szyman do Zagłębia
Połączenie z Szyman do Dortmundu ma swoich wiernych pasażerów. Latają nim ludzie, którzy pracują w Niemczech albo mają tam rodzinę, i coraz częściej turyści, tacy jak my. W drugą stronę też lecą w większości Polacy, ale w tle słychać niemiecki, wyraźnie przebija się angielski, a do tego jeszcze jakiś wschodni język, chyba ukraiński, choć nie byłem w stanie go rozpoznać. Oba loty cieszyły się dużym powodzeniem, więc nie dziwię się, że kiedy w 2024 roku Wizz Air zawiesił tę trasę, po obu stronach czekano, aż wróci. Wróciła.
Lądujemy, zamawiamy Bolta i jedziemy do hotelu. Nocujemy w ACHAT Hotel Bochum Dortmund, który już samą nazwą zdradza, że leży trochę tu, trochę tam. Formalnie to Bochum, ale do Dortmundu, podobnie jak do Essen, jedzie się stąd kilkanaście minut. Takie jest właśnie Zagłębie Ruhry: miasta zrosły się tu ze sobą tak, że trudno powiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.
Obok hotelu są termy, o których jeszcze opowiem, a kawałek dalej Westfield Ruhr Park, jedno z największych centrów handlowych na otwartym powietrzu w Niemczech. Szybkie śniadanie, krótkie zakupy i ruszamy tam, dokąd w Dortmundzie każdy musi pójść najpierw.
Żółta Ściana
Signal Iduna Park. Dawniej Westfalenstadion, otwarty w 1974 roku na mistrzostwa świata. Dom Borussii Dortmund i największy stadion piłkarski w Niemczech: ponad 81 tysięcy miejsc.
W dni bez meczu można wejść na wycieczkę po stadionie i zajrzeć tam, gdzie na co dzień wchodzą tylko piłkarze. Szatnia z szafkami zawodników. Tunel, którym drużyny wychodzą na murawę. I ławka rezerwowych. Można na niej usiąść i spróbować sobie wyobrazić, jak to jest czekać na zmianę przy 81 tysiącach ludzi. Nie da się. Trzeba by tu przyjechać na mecz.
A potem Żółta Ściana. Południowa trybuna, największa stojąca trybuna w Europie. W dzień meczu stoi na niej morze ludzi w żółto-czarnych szalikach, którzy przez dziewięćdziesiąt minut nie siadają ani na chwilę. Dziś jest pusta. I nawet pusta robi wrażenie. Rzędy betonowych stopni, wysoko, stromo, aż pod dach. Człowiek staje na dole, zadziera głowę i rozumie, dlaczego rywale Borussii nie lubią grać pod tą trybuną.
Przy stadionie działa Borusseum, klubowe muzeum. Koszulki, puchary, zdjęcia i pamiątki z ponad stu lat historii klubu. W Dortmundzie grało słynne polskie trio: Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek. Za ich czasów, pod wodzą Jürgena Kloppa, Borussia dwa razy z rzędu zdobyła mistrzostwo Niemiec, a w 2013 roku zagrała w finale Ligi Mistrzów na Wembley. Wcześniej, w półfinale z Realem Madryt, Lewandowski strzelił cztery gole w jednym meczu. W Dortmundzie pamięta się to do dziś.
Kuba i Łukasz rozegrali razem dla Borussii ponad sześćset meczów. Pożegnalny mecz zagrali na tym samym stadionie, przy pełnych trybunach, z honorami, jakie rzadko dostają zagraniczni piłkarze.
Tuż obok muzeum jest FanWelt, klubowy sklep. Wszystko tu jest żółto-czarne: szaliki, czapki, koszulki z nazwiskami piłkarzy, kubki, piłki, maskotki. Trudno wyjść stąd z pustymi rękami. Jedni kupują coś dla siebie, inni prezent dla dzieci, a jeszcze inni po prostu dlatego, że skoro już tu są, to wypada.
Ale piłka w Dortmundzie nie kończy się na Borussii. Naprzeciwko dworca głównego stoi Niemieckie Muzeum Piłki Nożnej, najchętniej odwiedzana atrakcja w mieście. Dortmund musiał o nie powalczyć: po mundialu w 2006 roku o muzeum starały się też Kolonia, Oberhausen i Gelsenkirchen, czyli miasto odwiecznego rywala, Schalke. Wygrał Dortmund.
A kiedy Borussia gra u siebie, całe miasto żyje zupełnie innym życiem. Szaliki w metrze, w knajpach, w oknach mieszkań. Nawet ci, którzy na co dzień piłką się nie interesują, wiedzą, kiedy jest mecz. Słychać to.
Metrem, koleją, autobusem
Dortmund i okolice można zwiedzać na różne sposoby. Jest metro, czyli Stadtbahn, częściowo pod ziemią, częściowo na powierzchni. Jest kolej podmiejska S-Bahn, która łączy miasta Zagłębia. Jest gęsta sieć autobusów, a do tego Uber i Bolt. Spod stadionu do centrum dojedziemy jedną linią.
Z dworca już tylko kilka kroków na główny deptak. Tam tradycyjnie zjadamy kiełbasę z sosem curry, bo bez tego wizyta tutaj podobno się nie liczy.
Currywurst to w Niemczech coś więcej niż przekąska. Według szacunków Niemcy zjadają jej około 800 milionów porcji rocznie. Wymyśliła ją podobno Herta Heuwer, która w 1949 roku w swojej budce w Berlinie zmieszała koncentrat pomidorowy, sos Worcestershire i curry. Berlin uważa ją za swoją. Zagłębie Ruhry też. Herbert Grönemeyer nagrał nawet o niej piosenkę i śpiewał, że po ciężkiej szychcie nie ma nic lepszego. W Zagłębiu Ruhry to zdanie miało kiedyś bardzo dosłowny sens.
Najedzeni ruszamy dalej. Centrum jest pełne sklepów, kawiarni i zabytków, a deptak prowadzi nas aż pod średniowieczny kościół św. Reinolda, patrona miasta.
Ten deptak to Westenhellweg i jego przedłużenie, Ostenhellweg. Biegnie szlakiem średniowiecznej drogi handlowej Hellweg, z której korzystał już Karol Wielki. Dziś to jedna z najczęściej odwiedzanych ulic handlowych w Niemczech. Kto spodziewa się tu starówki jak w Gdańsku czy Toruniu, będzie zaskoczony. Bombardowania w czasie II wojny światowej mocno zniszczyły centrum, a miasto odbudowało się po swojemu: nowocześnie i praktycznie. Ale średniowieczne kościoły stoją i to one przypominają, że Dortmund był kiedyś hanzeatyckim miastem kupców.
Nosorożec, który nauczył się latać
Po drodze co chwilę mijamy nosorożce ze skrzydłami. Kolorowe, wielkie, ustawione na chodnikach, przy sklepach, przed urzędami.
Skrzydlaty nosorożec, to symbol dortmundzkiej filharmonii, Konzerthausu. Nosorożec ma podobno znakomity słuch, a skrzydła dodaje mu muzyka. Figury miały promować nową filharmonię i od kampanii artystycznej w 2006 roku jest ich w mieście ponad sto. Każda pomalowana inaczej, niektóre mają swoje imiona.
Filharmonia zaczęła je stawiać, żeby o sobie przypomnieć. Skończyło się na tym, że nosorożec stał się nieoficjalną maskotką całego miasta. Mało który specjalista od promocji może pochwalić się takim sukcesem.
Termy bez kostiumu
Drugi dzień zaczynamy spokojnie: śniadanie w hotelu i relaks w sąsiednich termach. MediTherme to kompleks basenów i saun, a hotel leży dosłownie kilka kroków dalej.
Jest jedno „ale”. W MediTherme, jak w wielu niemieckich termach, obowiązuje kąpiel bez ubrań. Dla Polaka to na początku spore zaskoczenie. Pierwszy kwadrans człowiek zastanawia się, gdzie podziać ręce i gdzie patrzeć. Potem okazuje się, że nikt na nikogo nie patrzy, wszyscy przyszli tu odpocząć, a ręcznik to najważniejszy przedmiot na świecie. Niemcy podchodzą do tego zupełnie naturalnie.
Po trzech godzinach jesteśmy gotowi na dalszą część wyprawy. Czas poznać prawdziwe serce Zagłębia Ruhry.
Zamek pracy
Jedziemy do kopalni Zollern w zachodniej części Dortmundu. Z daleka nie wygląda jak kopalnia. Ceglane fasady, ozdobne szczyty i secesyjny portal hali maszyn z kolorowymi szybami. Rezydencja arystokraty, a nie zakład, w którym ludzie zjeżdżali pod ziemię po węgiel.
Tak miało być. Kopalnię zbudowano na przełomie XIX i XX wieku jako wzorcową, pokazową kopalnię regionu. Ówczesny dyrektor generalny ukuł dla niej określenie, które przetrwało ponad sto lat: „Zamek pracy”.
W latach 60. kopalnię zamknięto i miała zniknąć. Na jej miejscu planowano drogę. Uratowali ją mieszkańcy, którzy zawalczyli o halę maszyn, przepiękną konstrukcję ze stali i szkła. Wygrali. Hala jako pierwszy obiekt przemysłowy w Republice Federalnej Niemiec trafiła pod ochronę konserwatorską. Od tego zaczęła się w Zagłębiu Ruhry ochrona zabytków przemysłowych, bez której dziś nie byłoby tu turystyki industrialnej.
Dziś w kopalni działa muzeum przemysłu, które opowiada nie tyle o maszynach, ile o ludziach. O górnikach, ich rodzinach, o tym, jak mieszkali i jak wyglądała szychta. Jest też historia, o której mówi się rzadziej: o kobietach, które w czasie I wojny światowej przejmowały pracę mężczyzn wysłanych na front. Jest wieża wyciągowa, z której widać okolicę. Są wystawy stałe i czasowe. Warto poczytać, popatrzeć i dać sobie na to czas, bo to nie jest muzeum na pół godziny.
A na koniec obowiązkowy przystanek w restauracji Pferdestall, czyli w dawnej stajni dla koni. Serwują tu kuchnię westfalską i przysmaki Zagłębia Ruhry: westfalskiego burgera, panhas i dortmundzkie krüstchen. Kuchnia sycąca, bez zbędnych ozdobników.
Trochę jak Górny Śląsk
Stojąc pod wieżą wyciągową, trudno nie pomyśleć o Górnym Śląsku. Ten sam węgiel, te same szyby, ta sama duma z ciężkiej pracy. Tylko Zagłębie Ruhry wcześniej musiało odpowiedzieć sobie na pytanie: co dalej?
Odpowiedź widać na każdym kroku. Sam Dortmund to przede wszystkim gratka dla miłośników turystyki industrialnej. Huty i kopalnie zamieniono w muzea, centra kultury, parki i tereny rekreacyjne.
Właśnie te dwa miejsca ujęły mnie najbardziej.
Pierwsze to jezioro Phoenix. Przez 160 lat działała tu huta stali. Dziś jest sztuczne jezioro o powierzchni 24 hektarów, po którym pływają żaglówki i łodzie wiosłowe. Dookoła biegnie ścieżka spacerowa, a na brzegach wyrosły nowe osiedla, biura i mnóstwo restauracji. Na północnym brzegu rośnie nawet winnica. Winnica w Zagłębiu Ruhry. Sto lat temu ktoś, kto by to zapowiedział, zostałby uznany za wariata. To tutaj zakończyliśmy drugi wieczór: kolacja na nabrzeżu, żaglówki kołyszące się przy pomoście, zachodzące słońce odbijające się w wodzie. Trudno uwierzyć, że jeszcze kilkanaście lat temu w tym miejscu dymiły kominy.
Drugie to teren dawnej huty Phoenix West, po drugiej stronie dzielnicy. Nad placem wciąż górują wielki piec i stara wieża ciśnień, ale pod nimi tętni zupełnie inne życie. Mnóstwo młodych ludzi: jedni biegają, inni ćwiczą w grupach na placu, jeszcze inni po prostu siedzą, rozmawiają i odpoczywają. Relaks, chillout i industrialne dekoracje w tle. Miejsce, które kiedyś było symbolem ciężkiej pracy, dziś służy do odpoczynku.
Tu, w hali, w której kiedyś pracowały dmuchawy wielkiego pieca, działa Phoenix des Lumières. To centrum sztuki cyfrowej otwarte w styczniu 2023 roku. Obrazy wielkich mistrzów wyświetlane są na ścianach i podłodze. Wchodzi się dosłownie do środka obrazu. Odwiedziło je już ponad milion osób.
Miasto piwa
Dortmund to nie tylko piłka i węgiel. To także piwo. I to na skalę, o której mało kto w Polsce wie.
Prawo do warzenia piwa Dortmund dostał już w 1293 roku. Prawdziwy boom przyszedł jednak z przemysłem. Tysiące górników i hutników po szychcie miały pragnienie, a dortmundzkie browary warzyły jasne piwo dolnej fermentacji według bawarskiej receptury.
W połowie lat 50. XX wieku Dortmund przegonił Monachium i stał się największym producentem piwa w Europie. W latach 1950–1965 sprzedaż dortmundzkich browarów wzrosła z 1,2 do 7,4 miliona hektolitrów. Przy wjazdach do miasta przez dziesięciolecia stały tablice witające w piwnej stolicy Europy numer jeden.
Potem skończył się węgiel, skończyła się stal i skończyło się też piwne eldorado. Ale symbol został. Nad dawnym browarem Union, niegdyś jednym z największych w Europie, góruje złote „U”. Dziś w budynku działa Dortmunder U, centrum sztuki i kreatywności, a samo „U” to jeden z najbardziej rozpoznawalnych znaków miasta.
Za wcześnie w tygodniu
Niestety nie wszystko się udało i tu ważna wskazówka dla każdego, kto planuje taki wyjazd. Początek tygodnia to w Dortmundzie nie najlepszy czas na zwiedzanie. W poniedziałki i wtorki wiele muzeów i atrakcji jest zamkniętych, a większość rusza pełną parą dopiero od środy do niedzieli.
My byliśmy tu od poniedziałku do środy rana, więc kilka drzwi zastaliśmy zamkniętych. Ominęło nas Muzeum Browarnictwa i wjazd na wieżę. Phoenix des Lumières otwiera się zwykle dopiero pod koniec tygodnia. Dlatego jeśli lecicie do Dortmundu, planujcie zwiedzanie raczej na drugą połowę tygodnia i weekend.
A lista tego, co jeszcze czeka, jest długa. Westfalenpark z wieżą Florianturm, z której platformy widokowej, ze 140 metrów, widać całe miasto. Zoo Dortmund, gdzie mieszkają prawdziwe nosorożce, tym razem bez skrzydeł. Ruiny zamku Hohensyburg na wzgórzu nad jeziorem Hengstey. Do tego kopalnie i muzea w sąsiednich miastach, z kopalnią Zollverein w Essen, wpisaną na listę UNESCO. Dortmund to świetna baza wypadowa do całego Zagłębia Ruhry.
Zielona metropolia
Najbardziej zaskoczyło nas jednak coś innego. Spodziewaliśmy się przemysłowej szarości. Kominów, hałd, ceglanych hal. Tymczasem trafiliśmy do jednego z najbardziej zielonych dużych miast w Niemczech.
Ponad połowę z 280 kilometrów kwadratowych Dortmundu zajmują lasy, parki i tereny zielone. W mieście, w którym mieszka blisko 600 tysięcy ludzi. Do tego zbiorniki wodne i jeziora. Trochę jak u nas w Olsztynie, gdzie las i jezioro są zawsze pod ręką. Może dlatego Niemcy, którzy przylatują z Dortmundu do Szyman, tak łatwo zakochują się w Warmii i Mazurach. Przyjeżdżają z miasta, które samo nauczyło się cenić zieleń, i trafiają do regionu, w którym zieleni jest jeszcze więcej, a ciszy na pewno. Nie dziwię się im.
Jarmark z największą choinką
Jeśli ktoś planuje wyjazd zimą, Dortmund ma jeszcze jednego asa w rękawie. Jarmark bożonarodzeniowy to jeden z najbardziej znanych w Niemczech. Około trzystu straganów, grzane wino, placki ziemniaczane z musem jabłkowym, a nad wszystkim 45-metrowa choinka, reklamowana jako największa na świecie. W tym roku jarmark potrwa od 19 listopada do 30 grudnia. Lot z Szyman, kilka dni w Dortmundzie i powrót na święta. Brzmi jak plan.
Pięć dni, nie trzy
Trzy dni to zdecydowanie za mało. Taki wyjazd lepiej planować na co najmniej pięć dni i najlepiej tak, żeby obejmował weekend, bo wtedy otwarte jest prawie wszystko.
Dortmund nie jest piękny w oczywisty sposób. Nie ma starówki z pocztówki. Ma za to historię ludzi, którzy przez sto lat ciężko pracowali, a kiedy praca się skończyła, nie poddali się. Zamienili hutę w jezioro, kopalnię w muzeum, browar w centrum sztuki.
Półtorej godziny lotu z Mazur. Piłka, piwo, kopalnie i zieleń.
Podziękowania
Materiał powstał we współpracy z Portem Lotniczym Olsztyn-Mazury oraz biurem podróży Travel Project. Serdeczne podziękowania kierujemy także do Bianki z biura podróży Gaeding Travel, a także Wioletty i Sandry.
Mariusz Sieraj, WAMAZONE