Dobre Miasto. Najpiękniejsza wyspa na Warmii

Co, gdzie, kiedy?

Wjeżdżam do Dobrego Miasta, kiedy dzwoni kolega.

– Gdzie jesteś?
– W Dobrym Mieście. Za chwilę mam wejście na żywo.
– A o czym będziesz gadał?
– Że Dobre Miasto to wyspa.

Cisza. Taka, w której słychać, jak człowiek po drugiej stronie odsuwa telefon od ucha i patrzy na niego z niedowierzaniem.

– Aha – mówi w końcu. I po chwili: – No to powodzenia.

Rozłącza się. Pewnie coś sobie myśli. Środek Warmii do Mazur kawałek, październik, a ja o wyspach.

Pół godziny później stoję pod Basztą Bocianią i mówię to samo do kamery.

Bo to jest wyspa. Nie w przenośni, nie „zielona wyspa spokoju” z folderu. Prawdziwa. Z jednej strony płynie Łyna, z drugiej Mała Łyna, a między nimi leży stare miasto. Nie całe Dobre Miasto, bo to dawno rozlało się na oba brzegi, ale jego najstarsza część, historyczne serce z kolegiatą, basztą i rynkiem. Kiedyś, w XIV wieku, mieszczanie przekopali kanał i zamieszkali w środku, otoczeni wodą jak forsa w sejfie. Woda broniła przed Litwinami, przed Prusami, którym nie spieszyło się do chrztu, i przed każdym, kto miał ochotę zajrzeć do cudzej spiżarni. Przy okazji kręciła młyńskim kołem. Praktyczni ludzie.

– To nie legenda, to fakt – mówi pani Beata Samko-Kempska, kustosz dobromiejskiego muzeum, która za chwilę oprowadzi mnie po skansenie i opowie o mieście tak, że będę miał wrażenie, jakbym przeszedł je całe. – Wystarczy otworzyć mapę.

Otwieram. Faktycznie. Siedemset lat później na wyspę prowadzą mosty, jeździ się po niej autobusem, robi zakupy, odprowadza dzieci do szkoły. Nikt tu nie mówi „mieszkam na wyspie”. Tak jak nikt w Krakowie nie mówi „mieszkam pod Wawelem”, tylko „mieszkam na Kazimierzu”. Wyspa stała się zwyczajna. A zwyczajność to najlepsze, co się może przytrafić cudowi.

Dobre, bo dobrzy

Pani burmistrz Beata Harań przychodzi punktualnie. Zadaję jej pytanie, które w tym mieście zadaje się pewnie od siedmiuset lat i które musi już być nie do zniesienia: czy Dobre Miasto jest dobre tylko z nazwy?

Nie wzdycha. Nie przewraca oczami. Odpowiada tak, jakby słyszała je pierwszy raz:

– Dobrzy ludzie tworzą dobre miasto.

I tyle. Bez folderu, bez strategii rozwoju na lata 2025–2030. Pół zdania i wszystko jasne.

Nazwa, nawiasem mówiąc, ma swoje drugie dno. Niemcy mówili Guttstadt, łacińskie dokumenty od 1336 roku piszą Bona Civitas, a polskie Dobre Miasto to wierne tłumaczenie. Ale część językoznawców podejrzewa, że u źródła leży staropruskie słowo „gudde”. Znaczy: zarośla. Krzaki. Może więc na początku było po prostu Miasto w Krzakach, a dobre zrobiło się później, z rozpędu. Jak człowiek, który dostał na chrzcie imię Szczęsny i przez całe życie stara się nie przynieść rodzicom wstydu.

Miasto należy do sieci Cittaslow, zrzeszającej miejscowości, w których żyje się wolniej. Wokół wyspy biegną bulwary, są ławki, tablice z sentencjami i fontanna z obracającą się kulą ziemską. Można obejść całą wyspę dookoła, a po drodze przysiąść.

– Żeby odpocząć, pomedytować – mówi pani burmistrz.

Medytacja w mieście, które złupili Litwini, Krzyżacy, Szwedzi, Rosjanie i pożary. Może właśnie dlatego. Kto tyle przeszedł, ma prawo wreszcie usiąść.

Za trzy lata Dobre Miasto skończy siedemset lat. Prawa miejskie dostało 26 grudnia 1329 roku w drugi dzień świąt. Biskupia kancelaria najwyraźniej nie uznawała wolnego po Wigilii. Sto lat temu, przy sześćsetleciu, świętowano w czerwcu, bo w grudniu na rynku się marznie.

– My chyba będziemy świętować cały rok – mówi Beata Harań. I widać, że mówi poważnie.

Zaczyna kropić. Na pożegnanie dostaję parasol z logo miasta. Rzeczywiście dobrzy ludzie.

Szewc, który przywiózł muzykę

Skansen kojarzy się ze strzechą, pewnie dlatego, że pierwsze skojarzenie to zwykle Olsztynek. W Dobrym Mieście skansen jest miejski. Ma bruk, kamieniczki i szyldy zakładów: fotograf, fryzjer, krawiec, szewc.

Mieści się przy najstarszej uliczce, jaka została z przedwojennej starówki. Resztę zabrał rok 1945, kiedy w dwa tygodnie spłonęło około 485 budynków. Ta uliczka przetrwała, więc kiedy trzeba było ją odnowić, ktoś zadał rozsądne pytanie: no dobrze, ale co w niej będzie?

– Skansenów wiejskich jest dużo. Więc pomyśleliśmy o miejskim – mówi pani burmistrz. – O rzemieślnikach, którzy po wojnie postawili to miasto na nogi.

Kim byli? O to pytam już Beatę z muzeum. Wyrwałem ją na chwilę z pracowni, w której prowadzi zajęcia dla dzieci, młodzieży i dorosłych.

– Zbieranina z różnych stron dawnej Rzeczypospolitej – mówi. Nie ma w tym ani krzty złośliwości. Raczej czułość. Tak mówi się o rodzinie, którą się kocha mimo wszystko.

Wchodzimy do szewca. Na półkach kopyta, na stole młotki, dratwa, puszka z gwoździkami. Wszystko prawdziwe. Wszystko przynieśli mieszkańcy.

Rodzina Kubińskich przyjechała tu w 1945 roku spod Mławy. Cały dobytek zmieścił się w jednym wagonie. Zatrzymajmy się przy tym na chwilę, bo to zdanie łatwo przeczytać i pójść dalej. Jeden wagon. Całe życie. Trzeba wybrać, co wziąć, a co zostawić na zawsze.

Pan Stefan Kubiński zabrał narzędzia, bo z czegoś trzeba żyć. Zabrał maszyny, bo bez nich szewc jest tylko człowiekiem z młotkiem. I zabrał instrumenty muzyczne. Bo bez nich żyć się da, ale po co.

– Uwielbiał muzykę – mówi pani Beata. – Dzieciaki, które chciały grać, przychodziły do jego warsztatu. Pod jego okiem powstawały pierwsze zespoły w Dobrym Mieście.

Wyobrażam to sobie. Powojenne miasto, gruzy jeszcze nieuprzątnięte, ludzie z pół Polski, którzy się nie znają i nie bardzo sobie ufają. A w warsztacie szewca ktoś stroi gitarę. Ktoś fałszuje. Pan Stefan odkłada but i pokazuje, jak trzymać palce. Tak się buduje miasto. Nie tylko z cegły.

Tradycja zresztą przetrwała. W Dobrym Mieście do dziś gra rodzinny zespół, w którym muzykują bliscy i przyjaciele. Szewc byłby zadowolony.

Książę z epoki brązu

Piętro wyżej jest archeologia. Lokalni pasjonaci chodzą z wykrywaczami metali po polach i lasach, a to, co znajdą, trafia przez Muzeum Warmii i Mazur do gablot. Pytam o największy skarb.

– Tak zwany grób książęcy – mówi pani Beata. – Stanowisko z epoki brązu. Mamy repliki jeden do jednego, oryginały są w muzeum.

Epoka brązu. Ponad dwa i pół tysiąca lat temu. Zanim przyszli Krzyżacy, zanim Prusowie zaczęli się opierać chrztowi, zanim ktoś wymyślił słowo Guttstadt, tu już kogoś chowano z honorami. Kogoś ważnego. Księcia, którego imienia nikt nie zna.

Za ścianą dziewczyny z miasta zaczynają zajęcia z ceramiki. Dwa i pół tysiąca lat temu ktoś też lepił garnki z gliny. Niektóre rzeczy w tym mieście się nie zmieniają.

Baszta Bociania bez bocianów

Baszta stoi tu od przełomu XIV i XV wieku. Okrągła, z czerwonej cegły na fundamencie z polodowcowych głazów, które lodowiec przywlókł ze Skandynawii, a ludzie potem przeturlali pod mury. Po wschodniej stronie miasta były kiedyś cztery takie baszty. Została jedna. Ta.

Nazywa się Bociania. Bocianów nie ma.

Na początku myślę, że to kwestia kalendarza, bo jest październik i wszystkie bociany siedzą w Afryce. Ale pani burmistrz wyprowadza mnie z błędu. Gniazdo stoi puste od kilku lat. Miasto pytało naukowców z uniwersytetu, co się stało.

– Kiedyś wszędzie dookoła były łąki, teraz jest zabudowa – mówi Beata Harań. – Bocianowi jest za daleko do żerowisk. Nie zdążyłby wrócić z jedzeniem dla młodych.

Puste gniazdo szybko znalazło nowych lokatorów. Mniejsze ptaki i gołębie rozebrały je na budulec i zaniosły gałązki pod kopułę dachu. Gołębie mieszkają teraz w otworach strzelniczych, w tych samych, w których stał kiedyś łucznik albo kusznik. Dzieci na wycieczkach podglądają, jak karmią pisklęta.

– Mam nadzieję, że bociany się kiedyś przystosują i wrócą – mówi pani burmistrz. Brzmi, jakby mówiła o dzieciach, które wyjechały do pracy za granicę.

Kolorowe średniowiecze

Pani Beata pokazuje mi pasek pod samym dachem baszty. Kolorowy, ozdobny, ciągnący się dookoła.

– Większość mieszkańców go nie widzi. Dopiero jak się im pokaże, to dostrzegają – mówi z satysfakcją.

To maswerk, gotycka dekoracja. Odkryto go zupełnie przypadkiem w zeszłym roku, kiedy zabezpieczano fasadę. Pod dachem był kawałek tynku, na który nikt od lat nie zwracał uwagi. Postawiono rusztowanie, ktoś się przyjrzał i zobaczył rowki. W rowkach farba. Trójliście i tak zwane rybie pęcherze, motywy, które zna każdy historyk sztuki, a nikt w Dobrym Mieście.

– Jesteśmy przyzwyczajeni, że gotyk to czerwona cegła – mówi pani Beata. – A gotyk był kolorowy.

Przez wieki baszta miała na głowie ozdobny wianek i nikt tego nie zauważył. Tak bywa z rzeczami, które mamy codziennie przed oczami.

Loch, bar i stalowy pęcherz

W średniowieczu każda baszta miała swojego opiekuna. Piekarze mieli swoją, inny cech swoją. Kto odpowiadał za Bocianią, nie wiadomo, dokumenty się nie zachowały. Wiadomo, że była więzieniem. Dla najgorszych.

– Na dole był loch. Dziś jest zasypany – mówi pani Beata. – Może przy kolejnym remoncie coś się jeszcze znajdzie.

Potem baszta długo stała i nic. Aż w 1969 roku przejęło ją Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne „Pojezierze”. Kultura kulturą, ale z czegoś trzeba żyć, więc na dole otwarto kawiarnię z barem. Na piętrze stanął stół bilardowy. Gotyk, kij, kula do łuzy.

– Nie wiem, jakie to były czasy, ale sanepid jakoś nie widział problemu, że nie ma toalety – mówi pani Beata. – Bo w baszcie toalety nie ma do dziś.

Pytam, jak radzili sobie średniowieczni strażnicy. Godzinami na warcie, w zbroi, na mrozie.

– Musieli mieć stalowy pęcherz.

Na górze pani Beata pokazuje mi miejsce, w którym jakiś radiesteta wykrył kiedyś różdżkami „dobrą energię”. Staję. Czuję mrowienie w prawej ręce. Może energia. Może zimno. Może trzymam kamerę od czterdziestu minut. Telefon w każdym razie wariuje i muszę go restartować.

– To normalne, tu telefony czasem przestają działać – mówi pani Beata spokojnie, jakby mówiła o pogodzie.

Obraz, który pojechał do Szczecinka

W baszcie wisi panorama Dobrego Miasta. Kopia, bo oryginał należy do Muzeum Warmii i Mazur, a olsztyński zamek jest teraz w remoncie. Jeśli więc ktoś chce zobaczyć, jak wyglądało miasto przed wojną, przyjeżdża tutaj. Widać starówkę, której już nie ma, i wiatraki na okolicznych wzgórzach. Dookoła pola, na polach zboże, a ze zbożem coś trzeba zrobić.

Ale najlepsza jest historia samego płótna.

W 1945 roku obraz zabiera jakiś żołnierz Armii Czerwonej. Nie wiadomo, czy na pamiątkę, czy na handel, czy po prostu mu się spodobał. Idzie z nim w stronę Szczecinka. Ile kilometrów przeszedł z obrazem pod pachą, tego się nie dowiemy. Gdzieś po drodze go porzucił, albo komuś sprzedał, albo zamienił na coś do jedzenia.

Po wojnie, kiedy szukano zrabowanych dzieł, ktoś obrócił płótno i przeczytał podpis: „Guttstadt”.

– Nie było wątpliwości – mówi pani Beata. – Jest tylko jedno Dobre Miasto w Polsce.

Obraz wrócił do domu. Ludzie, którzy na nim mieszkali, już nie.

Jak wyglądała ta zniszczona starówka? Pani Beata ma na to prostą radę: jedźcie do Ornety. Oba miasta zakładał ten sam człowiek. Ten sam pomysł: ratusz na środku rynku, kościół z boku, mury dookoła. Bliźniaki. Tylko jednemu wojna zostawiła twarz, a drugiemu nie.

Na dzisiejszym placu przy baszcie są dziwne prostokąty z trawy i kostki. Ktoś mógłby pomyśleć: betonoza, brak pomysłu. Nic z tych rzeczy. To zarysy średniowiecznych parceli. Domy były wąskie od frontu i długie w głąb, bo podatek płaciło się od szerokości fasady. Średniowieczni mieszczanie znali ulgi podatkowe lepiej niż niejeden dzisiejszy księgowy.

Zamek, który udaje kościół

Z okien baszty widać kolegiatę. Z ulicy wygląda jak duży gotycki kościół. I tyle. Dopiero z góry, na zdjęciu lotniczym, widać, że za kościołem jest coś jeszcze: zamknięty czworobok budynków z dziedzińcem i krużgankami.

– Kanonicy mówili o niej „nasz zamek Guttstadt” – opowiada pani Beata. – Kiedy się wejdzie na dziedziniec, człowiek czuje się jak w zamku w Lidzbarku. Tylko nasze krużganki są przeszklone.

W 1341 roku biskup warmiński powołał tu kolegium jedenastu kanoników. Jedyne takie w całym państwie krzyżackim. Kanonicy szybko zostali jednymi z największych posiadaczy ziemskich na Warmii i postawili sobie świątynię na miarę ambicji. Budowa trwała od 1357 do 1389 roku. Dziś to druga co do wielkości świątynia na Warmii. Większa jest tylko katedra we Fromborku, którą mieli na głowie kanonicy z kapituły katedralnej. Ci z Dobrego Miasta byli trochę jak młodszy brat, który ma mniejszy dom, ale wcale nie mniejsze zdanie o sobie.

Kolacja wroga

W rogu kolegiaty jest sala z kryształowym sklepieniem. Dawny refektarz, jadalnia kanoników. W czerwcu 1807 roku wydarzyła się tu scena, którą trudno byłoby wymyślić.

Rosyjski generał Bennigsen zajmuje miasto. Jego żołnierze łupią je i podpalają. W refektarzu kucharze szykują dla generała obiad. Ale Francuzi są coraz bliżej, więc Bennigsen ucieka, zanim zdąży usiąść do stołu. Talerze stygną.

I wtedy do kolegiaty przyjeżdża Napoleon.

– Skoro obiad dla rosyjskiego generała i tak miał się zmarnować, podano go Napoleonowi – mówi pani Beata.

Cesarz Francuzów je obiad swojego wroga. Chyba mu smakuje, bo jest w dobrym humorze. Okazuje się, że kanonicy mówią po francusku, co go szczerze zaskakuje. Jest uradowany. Wypytuje o Kopernika i o historię Warmii. Gawędzi się przy tym stole, jakby za oknem nie było wojny.

Podobno dopiero później dowiaduje się, że Bennigsen siedział w tej samej sali kilka godzin wcześniej. Gdyby wiedział od razu, kazałby wycelować armaty w refektarz.

– Całe szczęście, że nie wiedział – mówi pani Beata. – Kolegiata się ostała.

Ostała się zresztą prawie wszystkiemu. W 1356 roku miasto splądrowali Litwini księcia Kiejstuta. W 1414 roku wojska polsko-litewskie. W latach 1519–1521 Albrecht Hohenzollern, ostatni wielki mistrz krzyżacki, ograbił skarbiec kolegiaty. W 1627 roku przyszli Szwedzi i zniszczyli bibliotekę kanoników. Potem były wielkie pożary w 1719 i 1771 roku, Rosjanie w 1807 roku i rok 1945. Miasto płonęło, kolegiata stała. Jak ktoś, kto przez sześćset lat siedzi w tym samym miejscu przy stole i patrzy, jak goście przychodzą i odchodzą.

Kapitułę rozwiązali dopiero Prusacy po wojnach napoleońskich, w 1810 roku. Przywrócił ją w 1960 roku prymas Stefan Wyszyński. Sto pięćdziesiąt lat przerwy. Dla kolegiaty, która pamięta Kiejstuta, to tyle co krótka drzemka.

Las, który bielił płótno

W baszcie wiszą cztery stare fotografie. Las, drewniany pawilon z rzeźbieniami, ludzie w kapeluszach. To Walkmühle, trzy kilometry od miasta.

Nazwa brzmi jak zaklęcie, a znaczy coś bardzo przyziemnego: folusz, młyn do spilśniania i bielenia tkanin. Dobre Miasto żyło kiedyś między innymi z sukna, a sukno trzeba było czymś wybielić.

– Tam jest strumyczek, który miał takie właściwości, że bielił płótno – opowiada pani Beata.

Technika poszła do przodu, folusz zamknięto, a miejsce zaczęło żyć drugim życiem. Sosnowy las pachniał żywicą, przyjeżdżali astmatycy, żeby odetchnąć. Mieszkańcy chodzili tu na obiady do restauracji i na tańce do drewnianego pawilonu. Trzy kilometry w jedną stronę, po drodze ławki dla zmęczonych. Dobre Miasto nigdy nie było uzdrowiskiem, ale miało swoją przedwojenną „dolce vita”: hotel z elektrycznością i łazienkami przy pokojach, łódki do wypożyczenia.

Dziś restauracji nie ma. Pawilonu też nie. Został strumień, mostek i las. Nadleśnictwo Wichrowo odtworzyło ścieżkę, którą kiedyś chodzili mieszkańcy, z bramą na początku. Można iść tym samym szlakiem co oni sto lat temu. Tylko na tańce nie ma już dokąd dotrzeć.

Darmowe kino na wyspie

Żebyście nie pomyśleli, że Dobre Miasto żyje tylko wspomnieniami. Patryk Szuszkiewicz z Centrum Kulturalno-Bibliotecznego jednym tchem wylicza imprezy i wielkie muzyczne nazwiska, które przyjechały tu w tym roku.

– Do Dobrego Miasta przyjeżdża się po dobrą kulturę – mówi. – To, co w dużych miastach jest normalnością, u nas dzieje się w kameralnym gronie. I przyjeżdżają ludzie z całej Polski.

Pytam o przyszły rok. Uśmiecha się jak ktoś, kto zna tajemnicę i bardzo chce ją komuś powiedzieć, ale nie może.

– Będzie lepiej niż w tym. Nazwisk nie zdradzę.

Zdradza za to coś innego. W kinie „Przyjaźń” od października, mniej więcej co dwa tygodnie, są darmowe seanse filmów familijnych. Darmowe. W kinie. W 2026 roku. Kino nazywa się Przyjaźń i najwyraźniej traktuje to dosłownie.

Ludzie z Miasta

Zbierając materiały, trafiłem na kilka nazwisk, które muszę tu dopisać. W 1538 roku przez Dobre Miasto przejechał Mikołaj Kopernik, w orszaku biskupa Dantyszka. W 1711 roku zmarł tu Andrzej Chryzostom Załuski, kanclerz wielki koronny i kaznodzieja Jana III Sobieskiego. W 1848 roku urodził się tu Friedrich Ernst Dorn, fizyk, który odkrył radon. Ten sam radon, o którym uczy się w szkole i którego nikt nie pamięta po klasówce. Stąd pochodzą też Waldemar Milewicz, reporter wojenny, który zginął w Iraku, i siatkarz Łukasz Kadziewicz, wicemistrz świata. Najważniejsza postacią dla mnie i mojego rozwoju był jednak Daniel Wołodźko, reporter RMF FM, od którego uczyłem się reporterskiego fachu, słuchając jego relacji z Warmii i Mazur. Dane mi było nawet zrobić z nim wspólny materiał. Piękny człowiek.

Wracam do liczb

W 1946 roku w Dobrym Mieście mieszkało niespełna tysiąc osób. Dziś około dziesięciu tysięcy. To oni, ludzie z wagonów, przywieźli tu swoje kopyta szewskie, nożyczki fryzjerskie, aparaty fotograficzne i gitary. Zamieszkali w mieście po kimś, kogo nie znali, na wyspie, o której nie wiedzieli, że jest wyspą. I zrobili z niego swoje miasto.

Przez cały dzień zastanawiam się, czy Dobre Miasto jest jednym z najpiękniejszych miast na Warmii. Lidzbark ma zamek, Frombork katedrę i Kopernika, Orneta zachowaną starówkę. Dobre Miasto ma wyspę, której nie widać. Basztę bez bocianów, za to z kolorowym wiankiem pod dachem. Kolegiatę, która przetrwała wszystkich, którzy chcieli ją zniszczyć. I szewca, który uczył dzieci grać.

Może jego piękno nie leży na wierzchu. Trzeba się przyjrzeć, jak temu paskowi pod dachem baszty.

Wracam do auta z parasolem w ręku. Już nie pada. Patrzę w lusterko i dochodzę do wniosku, że skoro jestem w Dobrym Mieście, to grzech byłoby wyjechać z taką głową.

Dzwonię do Mariusza który jest barberem w Dobrym Mieście.

– Masz chwilę? Będę za pięć minut.

Wiem, co sobie myśli. Jestem chyba jedynym klientem w historii jego zakładu, który nie potrafi umówić się jak człowiek, z wyprzedzeniem, z kalendarzem. U mnie wszystko zawsze na ostatnią chwilę. A jednak ma wolne. Może Dobre Miasto naprawdę jest dobre, a może po prostu znowu miałem szczęście. W Dobrym Mieście jedno chyba nie wyklucza drugiego.

Wyjeżdżam z miasta. Za miastem mijam Ranczo w Dolinie. I dopiero wtedy coś mi się przypomina. Nic nie jadłem. Od wczoraj. Od osiemnastej.

Bardzo lubię tamtejszą kuchnię. Noga sama szuka hamulca. Ale nie zjeżdżam. Może wpadnę tam w niedzielę.

A Wy? Byliście kiedyś w Dobrym Mieście? Co jeszcze warto tam zobaczyć? Piszcie w komentarzach. Za trzy lata miasto skończy siedemset lat. Warto przyjechać wcześniej.

Mariusz Sieraj